Gdyby nie tanie latanie….
Gdyby nie tanie latanie, to ruch turystyczny w naszym kraju tj. ruch generowany przez Polaków wyjeżdżających i przyjeżdżających z zagranicy spadłby diametralnie, jak sądzę do mikroskopijnych rozmiarów. Tanie loty jako alternatywa dla lotów tradycyjnych tj. wysoko- czy też raczej normalnobudżetowych sprawdzają się całkiem nieźle. Co więcej są też najlepszą alternatywą dla turystyki autokarowej.
Tanie bilety lotnicze kosztują niejednokrotnie mniej niż bilet na autobus do odległego kraju, a na pewno będą tańsze niż jazda samochodem.
Ot i tym sposobem, dzięki tanim lotom oszczędzamy, trochę zyskuje na tym środowisko (czego akurat pewna nie jestem, bo nie wiem ile spalin generuje jeden przelot a ile porównywalna ilość autokarów), i poprawiamy lotniczą koniunkturę a więc i stan całej gospodarki.
Pomijając już fakt oszczędności i dostępności tanich lotów, tanie loty są po prostu wygodne. Człowiek wsiada do samolotu i w ciągu dwóch godzin trafia na miejsce. Pozostaje jedynie dojechać jakoś z lotniska do docelowego miejsca wypoczynku i kwestia załatwiona.
Dodatkowym ułatwieniem są wszelkie last minute i okazje noclegowe typu tanie hostele i im podobne wynalazki. Wszystko opiera się na cięciu kosztów, maksymalnym wykorzystaniu powierzchni (bądź oferty) i obsłudze jak największej liczby podróżnych.
No dobrze , powiecie, ale co w takim razie z jakością?
Śmiem twierdzić, na podstawie własnych doświadczeń, że postawienie na ilość nie musi odbijać się na jakości.
Przykładem tanie linie lotnicze Wizzair, którym nie mam nic do zarzucenia, również pod względem obsługi.
W lotnictwie i w ogóle w turystyce obowiązują pewne standardy, a ich podstawą jest przyjazne i uprzejme podejście do klienta. To akurat nic nie kosztuje więc nie ma co na takim podejściu oszczędzać. Dzięki temu zyskuje się specyficzną wartość dodaną: zadowolenie klienta, które wcale nie musi wynikać z zapewnianych mu luksusów.